niedziela, 19 lutego 2017

Syzyf robił swoje

Każdy, kto choć raz pracował ciężko fizycznie wie, że w tej pracy nie ma nic wzniosłego. Jest trud, wycieńczenie, krople potu ściekające po ciele, głód z powodu wielogodzinnego wysiłku, osłabienie, wycieńczenie. Po paru godzinach stajemy się maszynami wykonującymi nasze zadania mechanicznie. Nie ma w tym wysiłku miejsca na refleksję nad trudem, a jeśli jest to przygniata, więc się unika myślenia o pracy.
Wysiłek fizyczny jest jedynym w swoim rodzaju. Ma moc uzdrawiająca i jednocześnie zabijającą: uzdrawia dusze znękane pesymistycznymi myślami, jednocześnie zabija jakiekolwiek myślenie (również twórcze). Człowiek pracy zwykłej, pracy zwierzęcej, bo wymagającej siły mięśni wraca po pracy zmęczony fizycznie. Jego ciało odmawia mu posłuszeństwa, oczy zamykają się podczas bezmyślnego patrzenia w ekran telewizora. Jego spracowane dłonie jedzą upragniony posiłek, dzięki któremu nazajutrz będzie znowu miał siły, aby znowu pracować, aby znowu zmienić się na parę godzin w maszynę.
Syzyf nie miał w swojej pracy przerw. Pchał ciężki głaz pod górę; głaz, który – w zależności od wersji legendy – albo staczał się na drugą stronę góry, albo wyślizgiwał tuż przed samym szczytem. Wycieńczony pracą chwilę patrzył bezmyślnie na staczający się głaz, a później schodził ociężale, aby na nowo wypełniać swój los człowieka pracy.
Czy miał czas na wzmocnienie? Na posiłek (Grecy wierzyli, że zmarli pod ziemią prowadzą podobnie trudne życie i potrzebują pokarmu)? Na pewno nie było tam miejsca na refleksję filozoficzną. Człowiek zmęczony fizycznie nie myśli nad swoim losem; nie stać go na głęboką refleksję filozoficzną. Chce jedynie dopełnić swój los.
Kara Syzyfa to nie skazanie człowieka przez bogów na bezsensowną ciężką niekończącą się pacę, ale skazanie człowieka na bezmyślność. Skazywanie ludzi na bezrefleksyjny pęd ku wypełnianiu zadań jest najgorszą z kar: otępia umysł. Sprawia, że człowiek staje się bierny wobec tego, co go spotyka.
Współczesne życie, rozrywki, tryb mechanicznej pracy zabija refleksyjność. Szeregi Syzyfów zapełniają biura. Bogowie – prezesi, dyrektorzy – są równie mali i słabi, jak bogowie starożytni: za bardzo są podobni do przeciętnego człowieka, by można było ich czcić. Wmawiają współczesnym Syzyfom, że pchanie kamienia ma sens. Współcześni ludzie, ich praca, przypominają bardziej tę wersją mitu, w której przez parę sekund kamień jest na szczycie i stacza się pod wpływem lekkiego podmuchu; trzeba pracę zacząć od nowa.
Liczne zwolnienia, szybkie zmiany pracy; chwile bezrobocia. Trudzimy się bezmyślnie jak Syzyf wtaczając nasz kamień pod górę. Nie mamy czasu, sił ani ochoty na myślenie. Działamy mechanicznie. Od wypłaty do wypłaty, od raty do raty; ślub; dzieci; szkoła. Bezrobocie jest tą krótką tragiczną chwilą, kiedy kamień na górze trzyma się chwilę. Ten pierwszy moment bezrobocie, kiedy przychodzi nam się zachłysnąć dłuższym leżeniem w łóżku, ale i dezorientacją, bo nasz cel życiowy nagle zawiesił się, przestał na moment istnieć. Za chwilę żal i zmęczenie, trud schodzenia po kamień; trud poszukiwania pracy, by dotrzeć na miejsce i na nowo zacząć wtaczać swój kamień na swoją górę.
Coraz bardziej przypominamy Syzyfa, coraz częściej kamień nam spada i na nowo musimy podejmować decyzję o wtaczaniu go, bo to jest właśnie naszym przeznaczeniem. Niektórzy poddają się. Brakuje im sił. Głaz wymierzony przez bogów okazuje się za ciężki; krzyż nieodpowiedni, Golgota zbyt stroma i zbyt wyludniona. Golgota bez Mari Magdaleny i Szymona. Ale Syzyfowi, w przeciwieństwie do Jezusa, nikt nie pomagał. Mógł liczyć jedynie na to, że jego kamień jest dla niego odpowiedni, że bogowie precyzyjnie wymierzyli proporcje i że jego los jest ściśle z nim związany. Innego być nie może. O innym nawet nie warto myśleć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz