Etykiety

sobota, 29 sierpnia 2015

Jacek Ostrowski: Początek szkoły, szczęście czy przekleństwo?



Zbliża się początek roku szkolnego. Nie wiem, jak on obecnie wygląda, ale w czasach PRL-u, w latach mojego dzieciństwa to było wielkie wydarzenie. Właściwie wszystko zaczynało się nakręcać pod koniec poprzedniego roku szkolnego. Od ocen na świadectwie zależało, czy jestem godzien mieć nowe podręczniki, czy jestem głąb i wystarczą mi stare po kimś. Szkoła rozdzielała talony na zakup książek, a ci co mieli same piątki zgarniali pełną pulę. Ja wciąż miałem problem z nowymi podręcznikami do nauki języka polskiego. Moją nauczycielką (prześladowcą) była pani Łepkowska ciocia znanej scenarzystki Ilony Łepkowskiej. Uczyła mnie cztery lata i do końca nie potrafiła zrozumieć bardzo prostej rzeczy, że mańkuta nie nauczy kaligrafii. Do dziś pamiętam jej twarz nachyloną nad moją głową i wykrzywioną w grymasie złości. Nikomu nie życzę takiego belfra, bo taki nauczyciel może brutalnie zniszczyć w człowieku zapał do nauki.
Pod koniec sierpnia zaczynał się szał zakupów. Najpierw z talonami w zębach stawało się w kolejkach po podręczniki, później po zeszyty, kredki, pióra, atrament i bloki rysunkowe. To była prawdziwa walka. Nowy tornister co kilka lat, piórnik, worek na kapcie i koniecznie strój do zajęć z wychowania fizycznego i tenisówki. Następnie była wizyta u fryzjera, bo długie włosy były prawnie zabronione( dopiero w 1972 roku złagodzono to przepis).
Teraz było już wszystko. Zostało odliczanie dni do końca wakacji. Nie powiem, że czekałem z utęsknieniem na szkołę, bo bym skłamał. Mało kto ją lubił, bo jak tu darzyć sympatią coś, co nas dręczy przez siedem dni w tygodniu? Tak to wtenczas wyglądało. Do szkoły chodziliśmy sześć dni, a ponieważ niedziela była wolna to nauczyciele (czytaj sadyści) obarczali nas mnóstwem zadań do odrobienia w domu. Teraz z perspektywy lat powiem, że to było naprawdę podłe.
W końcu ten pierwszy dzień nadchodził. Najpierw odbywało się uroczyste rozpoczęcie. Wnoszono sztandar, a później były bardzo długie mowy, apele i itd. (głównie o władzy ludowej, ZSRR i towarzyszu Gomułce, później o Gierku i oczywiście o przewodniej roli PZPR i komunizmie.) Na koniec sztandar wynoszono, wszystko to przy śpiewie chóru chłopców o jeszcze nieukształtowanej   barwie głosów. To zapamiętałem do dziś, bo reszta była zupełnie niewarta utrwalenia w pamięci.
Następnie rozchodziliśmy się do klas i poznawaliśmy spady, czyli nowe koleżanki i kolegów, którzy zaspali w poprzednim roku. Wśród nich zdarzali się i tacy co przespali pięć lat, niezłe śpiochy.
Później od wychowawcy otrzymywaliśmy tymczasowy plan lekcji, kilka dodatkowych ostrzeżeń  i wreszcie szliśmy do domu.
To pamiętam z podstawówki, bo w liceum do tego wszystkiego nie przywiązywaliśmy żadnej wagi. Szkoła była uznana, jako zło konieczne i basta, a rozpoczęcie roku szkolnego było tylko niemiłym epizodem. Nikt nie myślał o podręcznikach i zeszytach, nie liczyło się, czy są nowe, czy używane. Powiem więcej , te używane nieraz były bardziej wartościowe, bo często zawierały notatki, rozwiązania zadań i inne bardzo przydatne informacje. Przez te wszystkie lata nauczyciele postarali się nas skutecznie wyleczyć z przestrzegania wartościowych zasad, a wręcz zmusili nas do krętactwa i kombinowania. No cóż, byliśmy pojętnymi uczniami.
Czy tak jest teraz? Wydaje mi się, że tak. Teraz moje pokolenie uczy, a mieliśmy dobrych nauczycieli.

Książki
Transplantacja
Szlaki życia
Paradoks
Polskie pieskie życie

IPN Wywiady z autorem:  
o Wielkanocy 
tematy społeczne o historii
o życiu i pisaniu 
wakacyjna podróż

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza