Etykiety

niedziela, 9 sierpnia 2020

Halszka Olsińska "Złota żyła"

„słowa upraszczają myśli/ a te nie mogą/ bez nich żyć” (***, s. 7).

Halszka Olsińska swoim tomem zabiera nas do swojego cennego - ale wystawionego na naszą czytelniczą obróbkę- świata. Idziemy zakamarkami różnych myśli, wyławiamy z tego cenne wskazówki, próbujemy odtworzyć lub przetworzyć z tych słów myśli. Zawsze jednak pozostaje nam ułomność języka upraszczającego przekaz. Z drugiej strony bez tych uproszeń nie byłby on w ogóle możliwy. Słowa są nierozerwalnym elementem wszelkich ludzkich kultur. To one stwarzają nas, jako osobowości, ograniczają nas, zasobem słów. W tym pierwszym minimalistycznym utworze pobrzmiewa echo Wittgensteinowskiego spojrzenia na język: „Granice naszego języka są granicami naszego świata”. Z jednej strony dają możliwość, a z drugiej ograniczają. Jednak w granicach naszego osobistego języka może dziać się wiele. Kilka słów, a jak znaczące to wprowadzenie. Już na pierwszej stronie dostajemy informacje, że sens będzie tu ważniejszy niż liryzm, że przesłania będą kryły głębszą prawdę, tę nieuchwytną słowami.

O czym jest zbiór? Można powiedzieć, że o życiu. Halszka Olsińska zabiera nas w obszary swoich przeżyć, wspomnień, przemyśleń z nimi związanych, doświadczeń. Wszystko w formie pozornie ascetycznej, ale w tym ascetyzmie jest coś barokowego, pewnego rodzaju nawarstwianie się obrazów, znaczeń. Wszystko poskładane, poupychane, aby małą ilością słów przekazać wiele. Używane przez nią zwroty niby niewiele ujawniają sferą językową, ale to tylko pozór: „najbarwniejszym/ obrazem dnia/ biała chropowatość ściany” („Szpital”, s. 47). Ściana, która kryje w sobie dużo znaczenia, być może bólu, oczekiwania, niemocy, bo skoro tylko tę ścianę .widać to podmiot liryczny nie może się poruszać, żeby wyjrzeć przez okno, zajrzeć do bufetu. I tak jest w każdym jej utworze: poza słowami kryje się cały kosmos, który trudno wypowiedzieć, zamknąć w słowach, więc zostaje zminimalizowany, uproszczony, pozbawiony ozdobników, a mimo tego bardzo bogate w emocje: „krzyczeć/ wydrzeć się jak/ kartkę z kalendarza/ codzienności/ natręctwu obowiązku/ strzelić w ucho/ pokazać bezgłośnie/ ucho od śledzia/ szeptać krzyk/ przez całą pustynię/ zaludnioną gęsto/ wymijać osobne/ ziarnka piasku/ jak wyrzut/ gdy chce się/ do człowieka”. (***, s. 16). Ileż w tym dynamiki, zmiany odczuć. Można pokusić się o stwierdzenie, że cała paleta emocji: od tych burzliwe po wielką ciszę. I znowu ważniejsze jest to, co czujemy poza tymi słowami, jakie obrazy nam się pojawiają, jakie wywołują skojarzenia.

Jest w tych wierszach coś jeszcze: zamykanie świata w klamry, pokazywanie dwóch końców łączących ważne przesłanie: „kiedyś miałam/ pięć lat/ wojny toczyły się poza/ granicami pojmowania/ ta nazywana drugą/ prehistoryczna/ miała swój czas/przed narodzinami/ mojego czasu/ natomiast koreańska/ niosła się/ głośnym echem z/ wielkiej dali// nie byłam/ pozbawiona wyobraźni/ zrozumiałam że/ owa dal hen/ aż za łączką/ za zakrętami i/ jeszcze dalej/ może nawet/ za drogowawelskim/ lasem/ dziś tak samo/ wojny się toczą/ poza granicami/ mojego/ pojmowania” („Legendarne”, s. 36-37). Z jednej strony napięcie dziecka urodzonego tuż po wojnie, a z drugiej połączenie tego z niepojmowaniem w znaczeniu szerszym, wymiarze filozoficznym. Efekt zapierający dech w piersiach, bo pokazuje jak nam – duszom niewinnym – trudno wyobrazić sobie ogrom zła, jakie niosą wojny.

Nie może się też obyć bez motywu teatru. Jest on już tak na wszystkie strony przerobiony, wykorzystany, zawłaszczany przez humanistycznych badaczy, że motyw wcielania się w role, zakładania masek wydaje się oklepany. A jednak Halszka Olsińska mnie zaskoczyła, pokazała z nieco innej strony. Nakładające się obrazy po raz kolejny zmusiły do myślenia: „ten spektakl/ nie schodzi/ ze sceny w starym/ teatrze i/ nikt nie wychodzi/z roli/ zawsze coś/ doda ujmie/ wykoncypuje/dorzuci zwróci/ na nice obróci/ wyburzy spruje/ swoich kwestii do/ pilnuje od engage/ ment po/ zwolnienie/ pośród trucheł/ truchło obraca/ na ruchomej scenie/ pozory wnętrza/ wywnętrza inter/pretuje własne/ pokolenie infiltruje/ ustoiny przez/ zęby cedzi/ za parawanem dzieł/ wiekopomnych siedzi/ żonglując/ racjami z budki/ suflera/ gdy inni/ mają w głowie/ różewicza/ mrożka i moleira” („Przedstawienie życia”, s. 43-44).

Nie mogło też zabraknąć filozofii: epistemologii i ontologii wymieszanej z fizyką: „zanurzeni w/ wannie rzeczywistości/ tracimy na wadze/ objętości i szarej/ masy wydolności oraz/ nabywamy cyrkowych/ umiejętności/ odejmowania w pamięci/ pojemności naszego/ świata z nieobliczalności/ wszechświata a także/ łatwości/ żonglowania galaktykami/ galaktyk niczym słowami/ i astronomicznymi/ liczbami jak/ świata losami” („Nieobliczalni”, s. 52).

Do tego pojawia się odwieczny problem z teraźniejszością i jej ulotnością: „nawet/ w swoim czasie/ wszystko/ już przeszłe/ jeszcze nim/ na dobre/ wepnie się/ w materię ziemi/ jak błyskawicy szpila/ co poły nieba/ spina/ powidokiem/ się stając” (***, s. 87).

Z jednej strony lekkość, a z drugiej nawarstwianie się. Niby nie pulchne, a jednak dość wysokie. Troszkę skojarzyło mi się to z ciastem francuskim i jego warstwami, które wywołują wrażenie, że ciasto nie jest puchate, ale przerwy między warstwami dają podobny efekt. I tu jest tak samo: to, co jest niedopowiedziane daje duże możliwości czytelnikowi. Z tego powodu z jednej strony wiersze Halszki Olsińskiej są bardzo osobiste, bo zabierają w świat jej doświadczeń, przemyśleń, a z drugiej strony pozwalają na wpisanie w nie własnych życiorysów. 





 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza