niedziela, 9 marca 2014

"latka lecą"

Mężczyźni kochają przeceniać rolę kobiecych marzeń o małżeństwie, domu, dzieciach. Zapominają, że kobieta też człowiek i może takich marzeń nie posiadać, albo je kiedyś posiadała, ale znalazła inne priorytety i jest jej dobrze tak jak jest, czyli albo w wolnym związku albo będąc singielką. Często mam wrażenie, że „płeć brzydka” (dawnie nazywana „piękną”) wręcz uważa, że wszystkie kobiety polują na mężczyzn, by jakiegokolwiek (pod warunkiem, że dobrze zarabia i jest przystojny) usidlić i zaobrączkować.
Takimi złudzeniami karmił się również mój znajomy z dawnej pracy. Zarabiał dobrze, wyglądał nawet, nawet i jak na faceta był w miarę rozgarnięty, inteligentny (większość jednak tym nie grzeszy). Utrzymywałam z nim znajomość, bo miał własne zdanie i dużo czytał, podróżował, a więc miał zawsze coś do powiedzenia, co ceniłam, ponieważ płeć przeciwna albo się zgadzała z moimi poglądami albo ostro przeciwstawiała, ale nie potrafiła uzasadnić dlaczego (uzasadnianie „bo tak” nigdy nie było odbierane przeze mnie jako tłumaczenie poglądów).
Ten kolega miał dziewczynę (a raczej był w związku). Piękna, zgrabna i średnio inteligentna ruda, farbowana kobieta sporo młodsza od mojego kolegi była za młoda na poważne związki. Ona miała jeszcze naście lat, on trzydzieści parę. Ona świeżo po liceum, on po studiach, latach pracy, licznych podróżach, książkach, filmach itd. Ona patrzyła na jego znajomości, portfel, on na jej ciało. Oboje żyli w przekonaniu, że druga połówka marzy o małżeństwie.
Kiedy dziewczyna dostała się na studia zamieszkali razem. Po paru latach jemu stuknęła czterdziestka i chyba bardziej z paniki niż z wewnętrznej potrzeby postanowił się jej oświadczyć, przez co ja -jako jedyna kobieta, z którą utrzymywał na tyle bliskie relacje, że dzielił się swoimi spostrzeżeniami, przeżyciami, przemyśleniami – zostałam zaspamowana propozycjami pierścionków zaręczynowych z pytaniem: „Jak myślisz, który będzie się jej podobał?”, na co dostał szybką odpowiedź (godną mojej inteligencji): „Nie zapominaj, że jestem blondynką i nie myślę. Żyłkę łączącą uszy właśnie odkurzyłam, więc nawet nie ma zaczątków mózgu. A Ty ją kochasz?”. Na tym nasza korespondencja się urwała na jakiś miesiąc, bo on wyjechał w sprawach służbowych, a ja miałam nawał pracy.
Po tej długiej przerwie dostałam odpowiedź: „Nie wiem. Lubię ją, jest fajna w łóżku, ekstra wygląda. Jest ze mną i pewnie chce już małżeństwa, bo latka jej lecą. Czego chcieć więcej?”. Może i latka jej leciały, ale ona miała dopiero dwadzieścia parę lat (nawet nie dwadzieścia pięć), a o czterdziestkę (więc pewnie bardziej myślał o swoich latkach).
Dałam się namówić na wybór pierścionka (podobno mam dobry gust, ale to tak jego zdaniem). Po tygodniu zdecydowałam, że może jej pasować kilka modeli. On miał dokonać ostatecznego wyboru. Zastanawiał się długo. Chodził do sklepów, oglądał, ale głupio mu było kupić. W końcu wyszło, że misją powierzył mi. Powiedział jaki model, jaki rozmiar, dał kasę i wysłał po wymarzone cacko, które miało być wstępem do utrwalenia jego relacji z rudą pięknością.
Oświadczył się bardzo uroczyście: restauracja, kwiaty, noc w eleganckim hotelu, wycieczka, a później uroczysta kolacja i kluczowe pytanie: „Zostaniesz moją żoną?”. Piękność niepewna i nieco zaskoczona zgodziła się.
Ona wróciła do ich mieszkania, on pojechał w kolejną podróż służbową. Oboje niepewni czy aby na pewno potrzebne im małżeństwo. Żadne z nich nie miało odwagi, aby powiedzieć drugiej osobie w twarz, że fajnie jest, ale niczego więcej nie chce.
Ruda piękność, nim on wrócił, znalazła pokój do wynajęcia, przeprowadziła się, a klucz do mieszkania wrzuciła do skrzynki na listy. Pierścionek zaręczynowy oczywiście zatrzymała.
I tyle było z męskiej pewności o kobiecych marzeniach o małżeństwie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz