poniedziałek, 10 marca 2014

E. Hemingway "Stary człowiek i morze"

Ernest Hemingway, Stary człowiek i morze, tł. Bronisław Zieliński, Warszawa "Muza" 2007
Stary człowiek i morze była książką, którą bardzo długo omijałam przez to, że podstawówce nie przypadła mi do gustu. Dlaczego? Nie wiem. Pamiętam, że wydawała mi się bardzo monotonna. Nic po za tym. Ostatnio pisząc o jednej książce napisałam, że jest monotonna jak „Stary człowiek i morze”. Dopiero komentarz jednej osoby sprawił, że chwilę się zastanowiłam nad tym, co pamiętam. To właśnie dzięki niej sięgnęłam po książkę.
Czytywałam Hemingwaya w liceum. Podobały mi się opowiadania poruszające tematykę hiszpańską. Indoktrynowano mnie wówczas w szkole, że walczył on po właściwej stronie. Właściwej, czyli jakiej? Po stronie komunistów, którzy walczyli z Falangą i Republiką. Były to dość ciekawe wspomnienia z tamtych czasów.
Książka zaczyna się od rozmów starca z wnukiem, który lubi łowić ryby z dziadkiem, ale rodzice mu nie pozwalają, bo łódź starca jest pechowa, przez to, że nie złowił niczego przez kilka dni. Proste relacje między chłopcem a sędziwym rybakiem przypomniały mi nieco dzieciństwo na wsi, kiedy prowadzono proste rozmowy o rosnącym zbożu, cieleniu się krów, prosieniu świń. Wszystko było takie proste, poukładane, wszystko było białe lub czarne, a praca ciężka, ale trud nagradzano chwilami motywującej rozmowy.
Po wypłynięciu w morze mamy do czynienia z licznymi retrospekcjami. Santiago myślami wraca do chwil próby, szczęścia, zmian. W szkole ta książka spłycana jest do wątku walki z tuńczykiem, jako przekroczeniem swoich granic. Dla mnie jest to historia pewnego rodzaju ludzi, do których mogę i siebie zaliczyć. Nie pozostaje mi nic poza zachęceniem do ponownego zaglądania do lektur szkolnych. Jeśli nie samodzielnie to z własnymi dziećmi. Takie czytanie wzmacnia więzi i daje tematy do rozmów o życiu.

2 komentarze: