sobota, 8 marca 2014

Kania, Targalski, Marosz "Media. Resortowe dzieci"

Kania Dorota, Targalski Jerzy, Marosz Maciej, Media. Resortowe dzieci,  Warszawa "Fronda" 2013.
Demokracja w wydaniu nam znanym to wymysł sprytnej „mafii” rządzących, którzy swoich ludzi mają w każdej dziedzinie kraju. Wmawianie przeciętnemu „Kowalskiemu”, że on może czynnie uczestniczyć w rządzeniu krajem jest piękną bajką, ponieważ owemu „Kowalskiemu” wiele brakuje. Czego? Tego możemy dowiedzieć się z książki „Media. Resortowe dzieci” Kani, Targalskiego i Marosza. Łączy ich przede wszystkim jedno: sąsiedztwo. Jest ono nie tylko przenośne i nie ogranicza się wyłącznie do czasów komuny, ale są to i współczesne realia związane z mieszkaniem nie tylko w jednym mieście, ale i na jednej ulicy. W Polsce, w której nie było wcześniej dzielnic bogatych i nędzy to dość nietypowe. Wspólne spotkania, wspólne interesy, wspólne korzenie, wspólne przekonania, wspólna szkoła i podobne pochodzenie (rodzice komuniści; matki Rosjanki). W książce można znaleźć nazwiska, z którymi spotykamy się w książce Gontarczyka „Polska Partia Robotnicza” i Ziemkiewicza „Michnikowszczyzna”. Jest ona pisana w tym samym - obnażającym – stylu moralnym. Obalają oni mity jakoby Polskę tworzyli ludzie przychodzący z różnych stron, odmiennymi korzeniami, poglądami i oderwani od dawnego systemu pragną pojednania z ludźmi dawnej władzy. Nowi działacze czynili to zgodnie z zasadami, w których ich wychowano, czyli o wartościach komunizmu. To przez te wpływy, relacje rodzinne w naszym kraju nie mogło dojść do oczekiwanych skutków. Zapominają, że nie tylko te osoby są winne, ale i szeregi obywateli, którzy od tworu państwowego wyłącznie wymagają wsparcia, a nie pracują nad jego trwaniem, jakby był on czymś naturalnym, zastanym i wiecznym. Zaznaczają, że w świecie komunistycznym nowa opozycja, kontynuująca tradycję była tylko w stanie powielić wzorce.
Całość działań opisanych przez autorów można podsumować cytatem słów samego Michnika mówiącego o swoich komunistycznych korzeniach: „Być komunistą znaczyło wtedy coś więcej niż przynależeć do partii – to oznaczało przynależność do pewnego języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności”. Seweryn Blumsztajn o tym pisze: „Wywodziliśmy się z lewicy, która wybudowała łagry”. To właśnie te komunistyczne korzenie zmuszały ich do negowania sensu dostępności dokumentów, rozliczania z działalności i odbieraniu majątków powstałych przez okradanie spółek państwowych. Rachunek sumienia, który naród miał zrobić komunistom określano, jako przejaw nienawiści. Owe zjawiska obrony komunistów przez Michnika i jego zwolenników w swojej książce doskonale opisuje Ziemkiewicz, więc odsyłam zainteresowanych tematem do „Michnikowszczyzny”.
Przedstawiciele „nowych” (czyli niekomunistycznych) mediów byli na tyle przekonujący, że przeciętni „Kowalscy” – do jakich mogę zaliczyć i moją rodzinę – rozumieli ich racje i bali się ewentualnej wojny domowej, do której miałoby dojść po ujawnieniu dokumentów. Owe rozliczenia były porównywane do działalności barbarzyńskiej inkwizycji czy stosowania jaskiniowych praw.
Autorzy dostrzegają również powiązanie edukacyjne redaktorów „GW”. Są to głównie psycholodzy i socjolodzy, których celem było zaprojektowanie sposobu myślenia społeczeństwa, czego częściowe skutki widzą w wynikach wyborów z 2011, kiedy grono osób głosowało na Janusza Palikota również posiadającego mieszkanie na „zaprzyjaźnionej” ulicy. Ten argument powodzenia jest dość słaby ponieważ przeciwnicy „Michników” również mogą mieć podobne wykształcenie, ponieważ zawód dziennikarza (obecnie i blogera) polega na umiejętności przekonywania do swoich racji (w obiektywizm nie wierzą nawet w naukach ścisłych).
„Resortowe dzieci” to książka udowadniająca, że na ważnych stanowiskach w naszym państwie znajdują się osoby o korzeniach komunistycznych. Zjawisko to nie ogranicza się wyłącznie do gospodarki czy mediów, ale i jest powszechne w szkolnictwie na wszystkich stopniach. Być może tu leży problem polskiej nauki.
Nie jest to książka, którą można by sobie darować po przeczytaniu „Michnikowszczyzny”. Wręcz przeciwnie. Wyjaśnia wiele spraw, które Ziemkiewiczowi wydały się oczywiste. Autorzy ciekawych czytelników odsyłają do źródeł przez liczne przypisy zgodnie z zasadą: „Nie wierzycie? To sami sprawdźcie”. Język jest poprawny swobodny, ale nie taki bujny i opisowy, jak u Ziemkiewicza, który tworzy świat-bajkę polityczną odczarowaną z kłamstwa.
Jest to doskonała lektura dla osób, które podczas wyborów czują się zagubione. Po jej przeczytaniu wszystko staje się łatwe, proste i bez alternatyw. Pozostaje wybór między mniejszym lub większym złem. Jeśli do zła podejdziemy po Augystiańsku(„Zło to brak dobra”) to nie będzie tak źle. Książka pomoże również zrozumieć, dlaczego nasze kochane władze pragną zlikwidować historię w szkołach średnich. I znowu wypada mi podsumować Ortegą y Gassetem: „Wiedza historyczna jest jedną z pierwszorzędnych technik zachowywania i kontynuowania rozwiniętej cywilizacji. Nie dlatego, że podsuwa gotowe rozwiązanie dla nowo powstających konfliktów życiowych (życie jest zawsze inne, niż było przedtem), ale dlatego, że pozwala uniknąć podstawowych błędów popełnionych w przeszłości. Ale jeśli ktoś starzejąc się napotyka coraz większe trudności, a na domiar złego stracił pamięć i nie jest w stanie korzystać z nagromadzonych doświadczeń, wówczas następuje klęska”.
Książka – podobnie jak inne elementy mediów – jest nacechowana politycznie, ale ta polityczność ujawnia to, co każdy myślący (nawet antyprawicowo) czytelnik sam widzi: zakłamanie, dwuznaczność i osobisty interes dzieci działaczy, które musiały się odnaleźć w nowych realiach, o nadchodzeniu których wiedzieli wcześniej niż przeciętni obywatele, bo mieli pod ręką źródło informacji: rodziców-katów, którzy specjalizowali się w znęcaniu się nad przesłuchiwanymi. Warto ją przeczytać, by zobaczyć, czy prawica widzi coś więcej i jak kreuje swoją rolę, czy ta rola bardzo odbiega od naszej wizji. Warto zadać sobie pytanie, dlaczego nie poruszono kwestii pochodzenia członków prawicy, której przedstawiciele doskonale radzili sobie w czasach komunizmu. Członkowie lewicy przedstawieni są tu w taki emocjonalny sposób, w jaki popularne media mówią o prawicy, ale jest ono okraszone polityczną przeszłością z korzeniami w Polsce Ludowej.
Błędem książki jest skupienie się na osobach, które w określonym nurcie odniosły sukcesy i przemilczenie tego, dlaczego w przeciwnym obozie również działają te same mechanizmy. Jej wielkim plusem jest to, że uświadamia przeciętnemu „Kowalskiemu”, dlaczego on nie ma szans rządzić. Nie dlatego że jest głupi czy brak mu sprytu. Po prostu brakuje „odpowiednich” korzeni z „odpowiednimi” znajomościami. Z tą „odpowiedniością” mamy do czynienia wszędzie, przez co produkujemy rzesze rozczarowanych absolwentów uczelni wyższych, którzy po trafieniu na rynek pracy czują jakby ciągle uderzali o gruby, niewidzialny mur. Trzeba go było zburzyć na początku lat 90, ale i teraz nie jest za późno.
Kiedy przed kolejnymi wyborami politycy żonglują teczkami moja mama zawsze się dziwi: „A czemu oni po prostu nie ujawnią wszystkim wszystkiego. Przecież mamy Internet. Zeskanować, wrzucić, niech lidzie czytają”. Dobrze, że chociaż powstają nowe książki o tamtych czasach i miejmy nadzieję, że to szambo przeszłości zostanie kiedyś wylane i że nastąpi to nim rozwali nasz kraj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz