Etykiety

sobota, 15 kwietnia 2017

Zofia Tarajło-Lipowska: świąteczny klimat

Rodzinę miałam klasyczną: mama, tata, babcia i nas dwoje, przy czym ja byłam trochę starsza od brata (dodam, że teraz role się zamieniły i jestem młodsza). W Wielką Sobotę mama gotowała ciemnoczerwone pisanki w łuskach z cebuli. Kilka z nich było przeznaczonych do wydrapania wzorów: zajmowaliśmy się tym oboje z bratem, używając nożyczek do paznokci lub żyletki. Każde z nas wkładało w to wszystkie swoje talenty - prawdę mówiąc był to świetny sposób na dzieci, żeby nie przeszkadzały w przygotowaniu Świąt. Gotowe pisanki z wydrapanym wzorem były oceniane przez dorosłych – mama, tata i babcia mieli się wypowiedzieć, czyja pisanka jest ładniejsza, brata czy moja. Dorośli oczywiście trochę kręcili, nie chcieli nas pokłócić, wypowiadali się zatem w wymijający sposób. Najładniej i najbardziej pracowicie ozdobionych pisanek szkoda było zjeść, więc leżały w kredensie jeszcze z pół roku.
Nasz ojciec, który dzieciństwo spędził na Litwie (w okresie międzywojennym, niedaleko Wilna) opowiadał, że jako dziecko bawił się w taką grę wielkanocną: każdy chłopiec zaopatrywał się w kilka pisanek (wybierane były te o najgrubszej skorupce) i spotykał się z kuzynami czy z kolegami w dużej świetlicy z drewnianą, gładką podłogą. Według pewnych prawideł turlali pisankami tak, żeby uderzały o siebie – czyja pisanka okazała się najbardziej odporna na stłuczenie, ten wygrywał.
W pierwszy dzień Świąt stół był ładnie ubrany (musiał być zielony barwinek w garnuszku i cukrowy baranek na środku doniczki z zielonym owsem), a w centralnym miejscu stał koszyk ze święconym. Częstowaliśmy się rozkrajanym jajkiem, życzyliśmy sobie nawzajem zdrowia i wszystkiego najlepszego. Do szynki musiała być ćwikła z chrzanem i sam chrzan w śmietanie oraz kiszone ogóreczki na szklanym talerzyku. Przy śniadaniu wielkanocnym, w którym oczywiście królowała szynka, kiełbasa krakowska i biała kiełbasa, śpiewaliśmy wszyscy razem, ale najlepiej było słychać mamę. Już wcześniej, przygotowując potrawy, mama śpiewała pieśni wielkanocne, np. „Wesoły nam dziś dzień nastał” i inne. Moja mama bardzo ładnie śpiewała, miała piękny głos – alt. Czasem, ale bardzo rzadko, grywała też na skrzypcach prościutkie utwory.
Po śniadaniu szliśmy na spacer na działkę, jeśli już było ciepło, albo oglądaliśmy telewizję, jeśli akurat był ciekawy film. Było to jeszcze „w komunie”, w ten dzień na ogół telewizja dawała atrakcyjne filmy amerykańskie, np. musicale albo kryminały. Tego dnia wszystkie posiłki miały uroczysty charakter, cała rodzina była świątecznie ubrana i obuta (żadnych rozklapanych kapci czy powyciąganych swetrów!) Wszyscy cieszyli się na ciasta, które mama sama piekła: był to zawijany makowiec, sernik (puszysty i pyszny), babka piaskowa oraz keks z bakaliami.
Drugi dzień zaczynał się dyngusem, przez co rozumiano wzajemne ranne pochlapanie się wodą, ale nie w łóżku, żeby nie zamoczyć pościeli. Tym niemniej istniało pewne napięcie – kto kogo wcześniej pochlapie. Pochlapany bowiem występował w roli ofiary, a chlapiący był w tej zabawie zwycięzcą. Zazwyczaj rodzice chlapali oszczędnie, a my, dzieci, przesadzaliśmy trochę z ilością wody. Popularne też były plastikowe jajka z wodą, z których można było zrobić prysznic bratu czy siostrze, albo dziecku z sąsiedztwa.
Z ciekawszych przypadków pamiętam śmigus z udziałem cioci, która u nas przez rok czy dwa lata mieszkała, bo przeprowadziła się do Wrocławia i czekała na własne mieszkanie. Ciocia była trochę małomiasteczkowa, więc chciała nam sprawić „elegancki” dyngus. Każdego z nas sowicie pokropiła perfumami (chyba to były popularne wtedy perfumy o nazwie „Być może”), więc lany poniedziałek spędziliśmy tym razem w oparach perfum.
Kiedy mój brat trochę podrósł, okazał się mniej grzecznym dzieckiem niż ja, częściej wyrywał się z domu. Znalazł sobie kolegów w sąsiedztwie i umawiali się na wspólne zabawy. Założę się więc, że niejedną dziewczynkę polali wodą, choć brat w domu tym się nie chwalił. Nie były to jednak kawały zbyt okrutne, bo nikt nigdy do nas nie przyszedł na skargę.  

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza